Amon Düül II  

AMON DÜÜL II - DYSKOGRAFIA

- bardzo słaba, - słaba, - dobra, - bardzo dobra, - rewelacja


PHALLUS DEI (1969)

powiększona okładka
  1. Kanaan
  2. Dem Guten, Schönen, Wahren
  3. Luzifers Ghilom
  4. Henriette Krötenschwanz
  1. Phallus Dei

Chris Karrer - guitar, sax, vocals
Johannes Weinzierl - guitar, vocals, bass, sax
Renate Knaup - vocals, tambourin
Falk Rogner - keyboards
Dieter Serfas - drums, electric cymbals
Peter Leopold - drums, percussion, grand piano
Dave Anderson - bass
Christian 'Shrat' Thierfeld - vocals, bongos, violin
&
Holger Trülzsch (Popol Vuh) on turkish drums
Christian Burchard (Embryo) on vibraphone

 Zadziwiający debiut, szczególnie, gdy słucha się tej płyty pierwszy raz. Nawet w 1969 roku, w czasie szczytowego rozwoju rocka, kiedy czerpano pełnymi garściami z bluesa, jazzu, folk czy muzyki klasycznej "PHALLUS DEI" była czymś wyjątkowym, czymś zupełnie nowym. To pierwsza (przynajmniej w Europie) tak neurasteniczna muzyka, pełna histerii, brudów i fałszów. Na pewno jest to pierwsza płyta zaśpiewana w języku staroniemieckim. Nie ma nic wspólnego z Pink Floyd, jak to niektórzy twierdzą. Brzmieniowo przypomina raczej Velvet Underground na twardych prochach.

Pierwszą stronę albumu wypełniają cztery, w miarę "piosenkowe" kompozycje. Oparte są one na świetnych pomysłach, zaskakujących rozwiązaniach, i co dużo kryć, pomimo neurotycznej atmosfery, mają w sobie spory ładunek przebojowości. Pod mianem neurotycznej atmosfery mam na myśli zawodzenia Renate Kraup i kolegów, fałsze skrzypiec oraz "nowofalowe" brzmienia gitar. Gdybym oceniał płytę tylko na podstawie tych 4 nagrań byłoby 5 gwiazdek. Każda z nich zasługuje na wyróżnienie, jeśli jednak musiałbym dokonać wyboru to wybrałbym otwierający płytę "Kanaan", zaskakujący połamanymi rytmami taniec derwisza, który do dziś wywiera na mnie niesamowite wrażenie.
 Drugą stronę w całości zajmuje tytułowy "Phallus Dei". Czy to jest przemyślana suita czy raczej zaimprowizowany ad hoc w studio kawałek muzyki ? Mam mieszane uczucia. Utwór zaczyna się bardzo ambitnie w stylistyce muzyki współczesnej, to jedyny fragment płyty, gdzie można używać porównań z Pink Floyd. Później muzyka przechodzi w typową improwizację a'la Cream na żywo. To, co zespół gra dalej, to groch z kapustą, jest i dobre solo na perkusji, są kiepskie partie skrzypiec, dużo chaosu, na szczęście pod koniec utworu gra ulega uporządkowaniu. Ogólnie raczej trudny kawałek muzyki, niełatwo nadążyć za muzyką, skoro sami muzycy chyba nie zawsze wiedzą, gdzie idą.

Plusy tej płyty to świeże pomysły, nowe idee, jak to mówią młodzi "schiza", ale pod kontrolą i melodyjna. Wadą są niewielkie umiejętności techniczne muzyków oraz niezbyt dobra robota producenta nagrań, przez co brzmienie jest nieco cherlawe. "PHALLUS DEI" jest bardzo ważną pozycją w muzyce nowofalowej, wiele użytych tu "środków wyrazu" było 10 lat później kopiowanych przez różnych wykonawców. No i tytuł płyty....rewelacja.


YETI (1970)

powiększona okładka
  1. Soap Shop Rock
  2. She Came Through The Chimney
  3. Archangel Thunderbird
  4. Cerberus
  5. Return Of Rübezahl
  6. Eye-Shaking King
  1. Pale Gallery
  2. Yeti (Improvisation)
  3. Yeti Talks To Yogi (Improvisation)
  4. Sandoz In The Rain

Chris Karrer - guitars, violin, vocals
Johannes Weinzierl - guitars, vocals
Renate Knaup - vocals, tambourin
Falk Rogner - organ
Peter Leopold - drums
Dave Anderson - bass
Christian 'Shrat' Thierfeld - vocals, bongos

 Podwójny album ukazujący jak szybko Amon Düül II uczy się grać. Od razu słychać lepszą biegłość techniczną gitarzystów, dużo lepsze jest też brzmienie nagrań. I tu jest właśnie praprzyczyna lekkiej rezerwy z mojej strony względem "YETI". Gitarzyści zachłysnęli się brzmieniem, często grają bardzo ostro, wręcz epatują słuchacza agresywnym, ciężkim brzmieniem. Grają też bez umiaru dużo, co zaowocowało nadmierną ilością instrumentalnych improwizacji, które na tej płycie dominują.

Pierwszy krążek rozpoczyna jedyna kompozycja nawiązująca brzmieniowo do stylistyki debiutu. "Soap shop rock" to 14-minutowa wielowątkowa suita, o wiele bardziej poukładana od "Phallus Dei". Zaraz za nim pierwszy z serii instrumentalnych, krótkich numerów. A później niespodzianka, ostry, hardrockowy "Archangel thunderbird" zaśpiewany przez Renate Knaup. Ciężkie, ostre riffy. I tak już zostanie. Bowiem resztę pierwszej płyty wypełniają ostre instrumentale, "Cerberus" i "Return of Rübezahl", pełne gitarowych riffów i solówek, a ostatni utwór "Eye-shaking king" to najbardziej agresywny i zakręcony kawałek w całej dyskografii zespołu, płynny metal. Na tym krążku zespół objawił się jako heavy rockowa bestia, być może dlatego niektórzy uważają "YETI" za najlepszy album Amon Düül II.

Drugi krążek pokazuje zespół z zupełnie innej strony. Prawie w całości jest wypełniony rozimprowizowanym, blisko półgodzinnym "Yeti". To najbliższa kanonom space rocka wycieczka grupy i to wycieczka w miarę udana. Tu najlepiej czuć, jak wysoko podnieśli swoje umiejętności obydwaj gitarzyści. Oczywiście, nie jest to space rock w stylu Pink Floyd (chociaż są fragmenty kojarzące się z tą grupą), raczej w stylistyce kraurockowych kapel jak Guru Guru, Agitation Free, jedna długa improwizacja w kosmicznym sosie. Słucha się tego całkiem znośnie. A płytę kończy 9-minutowe cudo, nagrane przez muzyków Amon Düül I (Rainer Bauer - guitar, vocals; Urlich Leopold - bass; Thomas Keyserlingwere - flute). "Sandoz in the rain" to stonowany, akustyczny, "folkowy" kawałek w stylu płyty "PARADIESWART DÜÜL". Świetne zakończenie dla tak agresywnej i intensywnej płyty, jaką jest "YETI".

 Plusy "YETI" to doskonałe brzmienie, świetnie nagrane partie gitar, dużo swobodnej, rozimprowizowanej gry, oprócz gitarzystów błyszczy perkusista Peter Leopold.


TANZ DER LEMMINGE (1971)

powiększona okładka
  1. Syntelman's March Of The Roaring Seventies
  2. Restless Skylight - Transistor - Child
  1. The Marilyn Monroe Memorial Church
  2. Chewinggum Telegram
  3. Stumbling Over Melted Moonlight
  4. Toxicological Whispering

Chris Karrer - guitar, vocals, violin
Johannes Weinzierl - guitar, vocals
Renate Knaup - vocals
Falk Rogner - organ
Lothar Meid - bass, vocals
Peter Leopold - drums
&
Jimy Jackson - organ, choir organ, piano
Al Gromer - sitar
Rolf Zacher - vocal

 Kolejny podwójny album Amon Düül II niosący prawie 70 minut muzyki. I po raz kolejny jest to muzyka zupełnie inna niż na poprzedniej płycie. "TANZ DER LEMMINGE" to pozycja najbliższa standardom progresywnego rocka. Mocno zmieniło się brzmienie, nie jest tak agresywne jak na "YETI" lecz bardziej łagodne, w dużej części akustyczne. Szczyt osiągnęła biegłość techniczna muzyków i ich wyobraźnia twórcza. Rozszerzyło się instrumentarium, bardzo dużo dobrego wniosła obecność Jimy'ego Jacksona na organach.

 Pierwszą, doskonałą płytę tego podwójnego albumu zapełniają dwie epickie "piosenki", a raczej suity, druga płyta w całości jest wypełniona kompozycjami instrumentalnymi. Album zaczyna się od czteroczęściowej suity "Syntelman's march of the roaring seventies", opartej na psychodelicznym, mocno słodkawym temacie. Świetny, psychodeliczny efekt osiągnięto dzięki specyficznej, "kościelnej" grze Jimy'ego Jacksona na organach. Jedynym, małym minusikiem jest nieco zbyt długie gitarowe solo kończące ten utwór. Druga z "piosenek" to absolutna perła w twórczości zespołu Amon Düül II. "Restless Skylight - Transistor - Child" składa się aż z 9-ciu podtematów. Widać, że muzycy mieli mnóstwo pomysłów i każdy chcieli umieścić na płycie. Stąd aż dwa tematy w samym wstępie. Jednak główny motyw rekompensuje tą nadmierną mozaikowość. Na tle kosmicznych brzmień organów i indyjskiej sitar swobodnie płyną dźwięki gitar i natchnione słowa. Orientalna, tajemnicza atmosfera. W samym środku suity pojawiają się trzy dodatkowe tematy, bardzo udane zresztą, oparte na ostrych, gitarowych riffach. Potem znów wracamy do porażającego smutkiem głównego tematu, który prowadzi do niesamowitej, schizofrenicznej kulminacji, z Rolfem Zacherem jako wokalistą. Każde z tych nagrań wypełniało całą stronę pierwszej płyty albumu. Moim zdaniem te dwie kompozycje nieco tracą na zbytnio mozaikowej strukturze a'la  wczesny Genesis, chociaż i tak uważam je za doskonałe.

 Trzecią stronę wypełnia bardzo ambitna, instrumentalna improwizacja "The Marilyn Monroe Memorial Church" będąca kolejnym ukłonem w stronę space rocka, zdominowana przez organistę Jimi'ego Jacksona. Można ją porównać do "Saucerful of secrets" grupy Pink Floyd. Ostatnią, czwartą stronę albumu wypełniają trzy krótsze instrumentale, z których trzeba wyróżnić prawie 8-minutowy, doskonały "Toxicological Whispering" świadczący o wypracowaniu nowej formuły improwizowania w zespole. Na tle bardzo atrakcyjnego, transowego pochodu basu płyną nakładające się na siebie solówki obydwu gitarzystów. Ten kawałek pokazuje, jakimi świetnymi muzykami stali się Chris Karrer i Johannes Weinzierl. Jest to najlepszy instrumentalny fragment gry zespołu, jak dotąd, oczywiście.

"TANZ DER LEMMINGE" to płyta godna polecenia każdemu miłośnikowi ambitnego rocka. Świetne pomysły, bogate brzmienie dzięki rozszerzonemu instrumentarium i gościom takim jak Jimy Jackson i Al Gromer, coraz lepsze umiejętności muzyków zaowocowały rewelacyjną dawką muzyki. Pozycja obowiązkowa dla fana gatunku. 
P.S. Ciekawe, dlaczego Renate Knaup nie pośpiewała sobie zbyt wiele na tej płycie?


CARNIVAL IN BABYLON (1972)

powiększona okładka
  1. C.I.D. In Uruk
  2. All The Years Round
  3. Shimmering Sand
  1. Kronwinkl 12
  2. Tables Are Turned
  3. Hawknose Harlequin

Chris Karrer - guitars, vocals, violin, sax
Johannes Weinzierl - guitars, vocals
Renate Knaup - vocals
Karl-Heinz Hausmann - keyboards, electronics, organs
Lothar Meid - bass, vocals
Danny Fichelscher - drums, congas
Peter Leopold - drums, tambourine
&
Joy Alaska - backing vocals
Falk Rogner - organ
Olaf Kübler - sopr. sax

 Po tak dobrej płycie jak "TANZ DER LEMMINGE" trudno było nagrać coś dorównującego jej poziomem. Z niepokojem więc zasiadałem do przesłuchania czwartego longplaya Amon Düül II, o bajecznym tytule "CARNIVAL IN BABYLON" i równie bajecznej okładce. Oczywiście, w przypadku tej grupy to było do przewidzenia, jest kolejna zmiana stylistyki. Nagrania są krótsze (poniżej 10min). Także improwizacji jest wyraźnie mniej. Czy to znaczy, że zespół gra komercję? Bynajmniej. Muzyka nadal jest świeża, zaskakująca, a od strony brzmień i aranżacji nawet bardziej zakręcona od poprzednich płyt. To całkiem dobra płyta, pomimo chwilowego kryzysu w zespole. Początkowo bowiem zespól planował wydanie kolejnego albumu podwójnego, na wzór "TANZ DER LEMMINGE", ale czegoś zabrakło, może pomysłów? a może wytwórnia naciskała na wydanie pojedynczego albumu? Pozostałością po ambitnych planach jest ostatni, tak wspaniały fragment improwizowanej muzyki. To kończący płytę około 10-minutowy "Hawknose Harlequin".

Album rozpoczyna się utworem "C.I.D. in Uruk", który jest świetnym przykładem nowego podejścia do grania. Bardzo bogate (m.in. fortepian, organy, skrzypce) ale mocno udziwnione brzmienie (czy to zasługa gitar w niskich rejestrach?) i wielowątkowa budowa. Kolejna piosenka "All the years round" to urocza, senna ballada łamana ostrzejszymi refrenami. Wyjątkowo dobrze pasuje do niej głos Renaty Knaup. Znowu pojawia się gitara o nietypowej, niskiej barwie, kojarząca się raczej z jazzem. Minusem tego nagrania jest jego koniec i zupełnie niepotrzebne, agresywne solówki psujące nastrój. A kolejny kawałek "Shimmering sand" jest moim ulubionym na tej stronie płyty, dużo świetnych, melodyjnych pomysłów, zniewalający, psychodeliczny nastrój i  niepokojące brzmienie. Wszystkie trzy nagrania wypełniające pierwszą stronę płyty są warte polecenia i rekomendacji, chociaż nie wiadomo, jak te dziwaczne brzmienie wpłynie na percepcję słuchacza. Mnie się to podoba.

Druga część płyty nie jest już w całości tak dobra. Dwie krótkie piosenki "Kronwinkl 12" i "Tables Are Turned" nie zachwycają, wręcz przeciwnie. Są one proste i nijakie. Na szczęście pozostaje "Hawknose Harlequin",  genialna, aczkolwiek ostatnia, niestety, wycieczka zespołu w stronę space rocka. To 10-minutowe nagranie składa się z trzech osobnych, połączonych ze sobą tematów, prawdopodobnie będących w zamierzeniu fragmentami większej całości. Niesamowity, psychodeliczny nastrój i obłędne gitary, dla tego jednego nagrania warto mieć tą płytę.


WOLF CITY (1972)

powiększona okładka
  1. Surrounded By The Stars
  2. Green - Bubble - Raincoated - Man
  3. Jail - House - Frog
  1. Wolf City
  2. Wie Der Wind Am Ende Einer Strasse
  3. Deutsch Nepal
  4. Sleepwalker's Timeless Bridge

Chris Karrer - guitars, vocals, violin, sax
Johannes Weinzierl - guitars, vocals
Renate Knaup - vocals
Falk Rogner - keyboards
Lothar Meid - bass, vocals
Danny Fichelscher - drums, congas

 Doskonały album. Wyjątkowo udany  kompromis pomiędzy dążeniami ku "upiosenkowieniu" a artystycznymi ciągotami grupy. Każdy dźwięk jest tu ważny i na miejscu, żadnego zbędnego gadulstwa, doskonałe, krystaliczne brzmienie. Nowatorskie eksperymenty brzmieniowe na każdym kroku, m.in. zastosowano zapętlone taśmy. Bez wątpienia najlepsza płyta grupy, chociaż powstawała w niesprzyjających warunkach konfliktu wewnątrz grupy.

 Płytę rozpoczyna zaśpiewany w natchniony sposób przez Renatę Knaup, zapierający dech swoim pięknem podniosły hymn. "Surrounded by the stars" to Amon Düül II w pigułce, bogate instrumentarium, dużo mellotronu, mnóstwo wątków i zmian rytmu. Jeśli miałbym wybrać jeden i tylko jeden utwór grupy to właśnie byłby to "Surrounded by the stars". Następny utwór, "Green - Bubble - Raincoated - Man" jest uroczą balladą w stylu "All the years round" z poprzedniej płyty. Prześliczna melodia okraszona obficie mellotronem, która oczywiście kończy się ostrą galopadą i mocno przesterowaną gitarą.
A potem zespół po raz kolejny zaskakuje słuchacza obłędną wyobraźnią. Już sam riff otwierający "Jail - House - Frog" elektryzuje (ta zapętlona gitara). A dalej zmiana za zmianą, wątek goni wątek, aż trafiamy na jakieś dzikie bagnisko pełne odgłosów dziwnych stworzeń. Ten numer robi wrażenie także i dzisiaj. 
Tytułowy utwór "Wolf City", najbardziej przebojowy fragment płyty, mógłby śmiało być grany obecnie w alternatywnych klubach, tak nowocześnie i nowatorsko brzmi. Znowu pojawiają się zapętlone, gitarowe, bardzo smakowite riffy, prosta, przebojowa melodia. Za sprawą następnego, instrumentalnego fragmentu następuje wyciszenie i uspokojenie, ale na krótko.  Teutońskie, pełne patosu hardrockowe nagranie "Deutsch Nepal" znowu podnosi temperaturę. A płyta kończy się po prostu magicznie. "Sleepwalker's timeless bridge" to świetnie zaaranżowany utwór z niesamowitym, porażającym smutkiem zakończeniem. Grupa Joy Division wyraźnie zapatrzyła się w to zakończenie, co słychać w końcówce utworu "Decades" z albumu "CLOSER". Czyste piękno.

 Ten album to "mus dla fana" nie tylko zespołu, nie tylko  krautrocka czy progressive'u, ale dla każdego miłośnika inteligentnej muzyki. Nikt nie będzie rozczarowany.


UTOPIA (1972)

powiększona okładka
  1. What You Gonna Do?
  2. The Wolfman Jack Show
  3. Alice (O.P.)
  4. Las Vegas (O.P.)
  5. Deutsch Nepal
  6. Utopia No.1
  1. Nasi Göring/Goreng
  2. Jazz Kiste (1)
  3. Surrounded By The Stars
  4. Dancing On Fire
  5. Deutsch Nepal/Rolf Zacher Voc.
  6. Goldrush - bonus
  7. Star Eyed - bonus
  8. Dr. Stein - bonus

Chris Karrer - guitars, vocals, violin, sax
Johannes Weinzierl - guitars, vocals
Renate Knaup - vocals
Falk Rogner - keyboards
Lothar Meid - bass, vocals
Danny Fichelscher - drums, congas
&
muzycy Popol Vuh i Passport

 Doskonały materiał nagrany równolegle do sesji nagraniowej albumu "WOLF CITY", w czasie której doszło do konfliktu pomiędzy muzykami i kolejnego podziału na dwie frakcje, na szczęście jednak doszło do zgody i połączenia sił. Oryginalnie album ten ukazał się pod szyldem Utopia, obecnie wydawany jest jako płyta Amon Düül II. Są tu spore różnice w stosunku do nagrań z "WOLF CITY". W piosenkach jest dużo więcej luzu i swobody, nie wspominając o nagraniach z pogranicza jazzu, gdyż i takie się tutaj znalazły.

Rozpoczynający album niezły utwór "What you gonna do" rozwiewa ewentualne wątpliwości, że jest zbiór odrzutów. Także i "Wolfman Jack Show", oparty na typowym dla grupy riffie i tworzonej przez klawisze atmosferze, nie odbiega jakością od innych nagrań grupy. A końcówka tego utworu z solówką na saksofonie jest świetna. Mnie jednak na tej płycie urzekła spokojna, prosta ballada, oparta na dźwiękach fortepianu "Alice". Kolejny fragment muzyki to instrumentalny, jazzujący "Las Vegas". Sporo na tej płycie jazzu. Następnie pojawia się znany z "WOLF CITY" teutoński "Deutsch Nepal" w nieco zmienionej wersji. Dalszy ciąg albumu to mniej lub bardziej jazzujące improwizacje w postaci acid jazzowego "Utopia nr 1", podniosłego "Nasi Göring/Goreng", i zakręconego, zgodnie z nazwą czysto jazzowego kawałka "Jazz Kiste" z świetną, mocno zniekształconą elektronicznie partią saksofonu. Chyba saksofonu, głowy nie dam. Rewelacyjne granie.

Sporym zaskoczeniem są trzy dołączone do programu albumu utwory wyraźnie różniące się brzmieniem od reszty płyty o niewiadomym dla mnie pochodzeniu. Pierwszy to inna, dużo ostrzejsza i uproszczona, z naciskiem na gitarowe riffy, wersja "Surrounded by the stars", kojarząca się mi z zespołami Marylin Manson, Ramstein a w pewnych momentach nawet Clan of Xymox . Prawdopodobnie to wersja nagrana w latach 90-tych, choć pewności nie mam. W każdym razie trudno uwierzyć, żeby to był utwór z 1972 roku. To samo można powiedzieć o następnym utworze "Dancing on fire". "Oficjalną" płytę kończy kolejna (trzecia !) wersja "Deutsch Nepal", tym razem z Rolfem Zacherem jako wokalistą. Piszę oficjalną, gdyż na moim wydaniu są trzy dodatkowe nagrania wyraźnie zaznaczone jako bonusowe. Pochodzą one z płyty ALL-BUMM projektu Lothara Meida o nazwie 18 Karat Gold wydanej w 1973r. Najlepszy z nich to "Dr. Stein", bardzo przebojowa i lekka kompozycja, z gwizdaną, wciągającą melodią, w stylistyce ... Manu Chao. Same niespodzianki na tej płycie.

Kolejny album i znowu zupełnie niepodobny do poprzednika, Amon Düül II nadal się rozwija i zaskakuje wyobraźnią. Pozycja dla fana zespołu obowiązkowa.


VIVE LA TRANCE (1974)

powiększona okładka
  1. A Morning Excuse
  2. Fly United
  3. Jalousie
  4. Im Krater Blühn Wieder Die Bäume
  5. Mozambique
  1. Apocalyptic Bore
  2. Dr.
  3. Trap
  4. Pig Man
  5. Manana
  6. Ladies Mimikry

Chris Karrer - guitars, vocals, sax
Johannes Weinzierl - guitars, bass, vocals
Renate Knaup - vocals
Falk Rogner - keyboards, bass
Lothar Meid - bass, vocals
Keith Forsey - percussion
Peter Leopold - keyboards, drums, percussion
Olaf Kübler - sopr. sax
Peter Kramper - synthesizer
Robby Heibl - guitar, bass, violin, cello
Desmond Bonner - vocals

 Ostatnia płyta z okresu "klasycznego". "VIVE LA TRANCE " jest pozycją przełomową i niejednolitą. O ile pierwszą połowę wypełniają rewelacyjne kawałki typowe dla stylu grupy, to na drugiej jakby zespół stracił wenę i zaczyna używać rozwiązań zapożyczonych od innych wykonawców, choć być może, że to "zabawy z muzyką" pod wpływem Zappy.

  Pierwsza część płyty jest przepiękną, lekko uproszczoną kontynuacją "WOLF CITY". Improwizacji jest zdecydowanie mniej, utwory krótkie, ale w nagrodę mamy niesamowitą aurę spleenu, smutku i chłodu bijącą z piosenek oraz zdumiewającą ponadczasowość tych nagrań: nikt by nie zgadł, że pochodzą z 1973. Zaczyna się cudownie. "Morning Excuse" to piękna, pełna spleenu piosenka w umiarkowanym tempie,  okraszona tajemniczymi dźwiękami wydobywanymi z gitary, zgodnie z nazwą albumu bardzo transowa. Rewelacyjne, uniwersalne brzmienie. "Fly United", oparty na typowym dla grupy riffie i zdecydowanie żywiej zagrany, także jednak utrzymany jest w aurze zamglonego spleenu. Najwspanialszy kawałek na tym albumie to jednak utwór trzeci. "Jalousie" to wyjątkowo piękna, subtelna ballada zaśpiewana genialnie przez Renatę Knaup, zaaranżowana na fortepian i gitarę akustyczną. Usłyszeć "Jalousie" - bezcenne. Po instrumentalnym fragmencie pojawia się kolejna perła czyli "Mozambique". To ostatni utwór grupy w wielkim stylu, mini suita rozwijająca się przez ponad 7 minut, wyśpiewana w natchniony sposób przez Renatę Knaup, bardzo transowa i melodyjna. 

 Druga część płyty jest słabsza, bardzo zróżnicowana, pełna nawiązań i pastiszy. Zaczyna się utworem "Apocaliptic Bore", pierwszym z serii epickich, dylanowskich ballad, raczej średnio ciekawych, które Karrer będzie z upodobaniem zamieszczał na następnych płytach. To jest zdecydowanie najbardziej udana ballada z tej serii, ze świetnymi partiami gitar w zakończeniu. "Dr" to piosenka poświęcona postaci Dr Jekylla,  najlepszy fragment w tej części, w refrenie wyraźnie nawiązuje do rhythm'n'bluesa. Następny utwór "Trap" może zadziwić każdego fana muzyki lat 80-tych, albowiem jego nowofalowy wstęp został wiernie skopiowany przez pewien polski zespół. Zagadka: jaki to zespół? Najsłabszym punktem albumu jest "Pig Man", raczej słaby pastisz rhythm'n'bluesa, w stylu utworu "One After 909" Beatles. Następna piosenka, "Manana", też jest pastiszem, tym razem słodkiej muzyki pop, czyżby wpływ Zappy? Najciekawszy rodzynek tej części jest na samym końcu. "Ladies Mimikry" zaczyna się wstępem nuta w nutę zapożyczonym z "Five to one" The Doors, by przejść znienacka w jawnie nowofalowe granie lat 80-tych, nasuwa mi się nieodparte skojarzenie z ...Talking Heads.

To jest ostatnia wielka płyta grupy, ostatnia, na której czuć charyzmę i alternatywne ciągoty muzyków. 


HIJACK (1974)

powiększ okładkę
  1. I Can't Wait
  2. Mirror
  3. Traveller
  4. You're Not Alone
  5. Explode Like A Star
  1. Da Guadeloop
  2. Lonely Woman
  3. Liquid Whisper
  4. Archy The Robot

Chris Karrer - vocals, guitars, violin, tenor sax
Peter Leopold - drums, percussion, guitar
John Weinzierl - guitars
Renate Knaup - vocals
Falk Rogner - synth
Lothar Meid - bass, guitars, vocals

Nowa wytwórnia postanowiła zawojować rynek amerykański, i czuć, że muzykom ten pomysł nie jest niemiły. Owszem, niektóre utwory są dobre i ciekawe, inteligentne, postmodernistyczne w stylistyce Davida Bowie i Roxy Music. Jednak czuć te parcie na komercjalizację, szczególnie w brzmieniu, po raz pierwszy bowiem Amon Duul II Anno Domini 1974 brzmi jak każdy inny zespól grający w tym roku. Najlepszy dowód to instrumentalna kompozycja "Da Guadeloop", będąca nawiązaniem do powolnego, funkowo-dyskotekowego grania setek czarnych zespołów, które z kolei wszystkie kopiowały jeden kawałek ..."Papa was a rolling stone". Pojawiają się w niej tak typowe dla tego sposobu grania i tej epoki efekty gitarowe, ozdóbki i ozdobniczki, smyczki, funkowy pochód basu itp. Trudno ocenić jednoznacznie taką płytę są tu bowiem bardzo ciekawe utwory ale są też zupełnie nudne. Plusem są całkiem udane aranżacje, ale minusem brak spontaniczności, chęci i radości z grania, takie to wszystko zagrane jakby z przymusu, a może muzyków męczył kac :). Po raz pierwszy brakuje magii, która towarzyszyła wcześniejszym albumom. Po raz pierwszy zespół naśladuje innych wykonawców, co w przypadku tak oryginalnej grupy jest jednak wyznacznikiem zmiany, zmiany na gorsze.

In plus wyróżnia się rozpoczynający album "I can't wait", jego pierwsza część to ...David Bowie grający w stylu Beatles, bardzo urocza, choć nieoryginalna piosenka, która jednak po dwóch minutach przechodzi w coś zaskakującego, w długi, liniowy monolog wokalisty na tle powolnego basu i naprawdę bajecznych, kosmicznych syntezatorów. "Mirror" to kolejna klisza muzyki pop, komercyjny, wygładzony rhythm'n''bluesik z dęciakami, i tu ciekawostka, kawałek bardzo dobrze się broni, najbardziej żywy fragment płyty. "Traveller" to następna udana, urocza balladka Renaty Knaup, jedyna tu pozycja, która wywarła wpływ na późniejszych wykonawców, mam na myśli Cranberries i Cardigans. Także i druga ballada z płyty, ulotny, oniryczny "Liquid whisper", też przez Knaup zaśpiewany ciągnie całość do góry. Nie wiem, co napisać o skądinąd uroczym "Lonely woman", bardzo ładne i słodkie ...tango (?), z solówką na saksofonie, chyba jednak za dużo tu słodyczy. Ze zdziwieniem przyjąłem fakt, ze to przeróbka utworu Ornette Colemana.

In minus oceniam długi i nudnawy "You're not alone", mam wrażenie, że ktoś się zasłuchał w album "STRANDED" grupy Roxy Music, niestety, zamiast zwrócić uwagę na "Song for Europe", zauważył "Psalm". Podobieństwo ewidentne, a efekt oczywiście taki sam, jak w przypadku Roxy Music, programowe nudziarstwo. Następny minus to "Da Guadeloop", za pierwszym razem spodobało mi się to, lecz z każdym następnym przesłuchaniem oceniam ten utwór coraz gorzej. Bardzo efekciarski, ale prawdziwego grania w nim niewiele.

"HIJACK" to pierwszy krok w komercję, nie jest to jeszcze zupełne dno, da się słuchać tej muzyki, choć to wyraźnie nie ten sam zespół co kiedyś. Najbardziej brakuje mi tu ducha chęci grania, wymęczona ta płyta, wymęczona profesjonalnie, ale od takiego zespołu oczekiwałbym więcej. Chociaż....to już 8-ma płyta, jak długo można trzymać wysoki poziom.


MADE IN GERMANY (1975)

powiększona okładka
  1. Overture
  2. Wir Wollen
  3. Willhelm Willhelm
  4. SM II Peng
  5. Elevators Meet Whispering
  6. Metropolis
  7. Ludwig
  8. The King's Chocolate-Waltz
  9. Blue Grotto
  10. Mr. Kraut's Jinx
  1. Wide-Angle
  2. Three-Eyed Overdrive
  3. Emigrant Song
  4. Loosey Girls
  5. Top Of The Mud
  6. Dreams
  7. Gala Gnome
  8. 5.5.55
  9. La Krautoma
  10. Excessive Spray

Chris Karrer - guitar, violin, sax, vocals
Falk Rogner - bass, keyboards
Renate Knaup - drums, percussion, tambourine, vocals
Thor Baldursson - keyboards
Bobby Jones - sax
Lee Harper - trumpet
Robby Heibl - guitar, bass, vocals
Nando Tischer - guitar, vocals
Helmut Sonnleitner - violin
Heinz Becker - percussion
Jurgen Koruletsch - vocals

 Jedno się nie zmieniło, grupa nadal z płyty na płytę zaskakuje słuchacza. Kolejny krok w komercję, zmiana w stylistyce jest spora, proste, pop-rockowe granie wypełnia ten album, będący rock-operą poświęconą ....historii Niemiec. Zadziwiające. Dziwi mnie też inna jedna rzecz, albowiem z każdym przesłuchaniem płyta podoba mi się coraz bardziej. A przecież gdy ją pierwszy raz usłyszałem, byłem zdegustowany jej piosenkowością. Teraz widzę, że jest tu jednak sporo niezłych gitarowych partii, całość posiada świetne brzmienie, szczególnie interesujące są brzmienia syntezatorów w licznych fragmentach instrumentalnych. Bardzo rozwinął się vocal Renaty Knaup, jej głos wyraźnie się wyrabia. W przeciwieństwie do poprzedniego albumu czuć na "MADE IN GERMANY" werwę i radość grania, zapewne częściowo to zasługa pojawienia się nowych ludzi w zespole. Muzycy bawią się różnymi stylistykami, rozrzut jest spory, od rocka do pop, od klasyki poprzez country do krautrocka.

"Wir wollen" to instrumentalny wstęp (drugi po klasycznej, orkiestrowej "Overture"), oparty na świetnych partiach gitar, będący wprowadzeniem do "Wilhelm Wilhelm", całkiem zgrabnego rockowego kawałka, z gitarową solówką biegnącą w tle przez cały utwór. "Metropolis" i "Ludwig" to skłon w stronę muzyki pop, jednak z dużą dawką humoru i luzu, świetnie wykonane przez Renatę Knaup, a w przebojowym "Blue Grotto" momentami śpiewa ona manierą, którą później przejmie niejaka Siouxsie Sioux (!). "Mr Kraut's Jinx" to kolejna dylanowska ballada Karrera, w środku świetne partie na klawiszach.

Druga część płyty jest wyraźnie lepsza, "Wide-Angle" najfajniejsza, naprawdę urocza popowa piosenka a'la lata 60-te z cudownymi melodiami, zespół się świetnie bawi, w balladzie "Emigrant Song" pojawiają się elementy country, albowiem piosenka dotyka problemu emigracji do USA, tak jak i następna, "Loosey girls", która jest najsmutniejszą pozycją na płycie, to piękna ballada z niezłym solem saksofonu i nieco floydowskim basem. "Top of the mud" to mocny rockowy kawałek oparty na typowym dla grupy, motorycznym riffie, gitarki ładnie tu pracują w dwugłosie z Moogiem Rognera. "Dreams" rozpoczyna się podstępnie pięknym, klasycznym fortepianem ( wpływ  ELP ?), by przejść w mocne, rockowe tango oczywiście podane z luzem i przymrużeniem oka. "5.5.55" jest żartem z Adolfa Hitlera lub jego zwolenników, to wyimaginowany wywiad typowego amerykańskiego dj-a z największym zbrodniarzem naszych czasów. I żarcik zespołu z samych siebie czyli "La Krautoma" czyli kiczowato zagrany kicz stulecia "La Paloma", przechodząca w space rock w stylistyce grupy Hawkwind.

Polubiłem ten album, choć to zupełnie inne granie niż poprzednio, jednak urzeka werwą, dowcipem i bezpretensjonalnością. Oczywiście nie jest to pozycja charakterystyczna dla zespołu, ale dla fanów rzecz obowiązkowa.


PYRAGONY X (1976)

powiększona okładka
  1. Flower Of The Orient
  2. Merlin
  3. Crystal Hexagram
  4. Lost In Space
  1. Sally The Seducer
  2. Telly Vision
  3. The Only Thing
  4. Cappucino

Chris Karrer - guitars, vocals, violin, sax
John Weinzierl - guitars, vocals
Stefan Zauner - vocals, keyboards, guitars
Klaus Ebert - vocals, bass, guitars
Peter Leopold - drums

 Płyta będąca objawem gwałtownego narastania kryzysu artystycznego grupy. Chociaż ogólnie "PYRAGONY X" jest powrotem do stylistyki progresywnego rocka, to jednak jest to próba bardzo nieudana. Zmienił się skład zespołu, nie ma Renaty Knaup i nie ma Falka Rognera, świetnego klawiszowca, co zaowocowało drastyczną zmianą brzmienia na gorsze. W zastępstwie pojawił się Stefan Zauner, wyraźnie zapatrzony w Genesis, niestety efekt nawet w połowie nie dorównuje wzorcowi, oraz Klaus Ebert. Ci dwaj panowie wzięli się też za pisanie piosenek, niestety, efekty są żałosne.

Albym zaczyna się bardzo obiecująco, "Flower of the Orient" jest najlepszym kawałkiem Amon Duul II od kilku lat i śmiało mógłby się znaleźć na takich płytach jak "WOLF CITY" lub "VIVE LA TRANCE". Zgodnie z tytułem piosenka jest mocno orientalna, przysycona tajemniczą dalekowschodnią atmosferą, gitary udanie naśladują sitar, i ciekawostka, w od czasu do czasu pojawiają się chórki z głosem łudząco podobnym do Roberta Planta. Niestety jest to jedyna pozycja warta zachwytu. Już następny utwór ściąga słuchacza boleśnie na ziemię, "Merlin" to prosty, wręcz prostacki rock, jakby próba nawiązania do do stylu Rolling Stones, nieudana próba, najsłabszy fragment płyty. Jeszcze dwa utwory wybijają się lekko ponad przeciętność. To instrumentalny "Crystal Hexagram", całkiem niezłe gitary i klawisze, aczkolwiek mocno wtórny.... nieodparcie kojarzy mi się z grupami Camel i Wishbone Ash (te gitary), oraz "Sally the seducer", utwór najbardziej energetyczny i przebojowy, z fajnymi, dynamicznymi partiami perkusji, zniekształconymi przez fazery.

Reszta albumu budzi zażenowanie, "Lost in space" i "Telly Vision" są kiepskimi podróbkami twórczości grupy Genesis (z okresu z Collinsem), i to tej piosenkowej części tej twórczości. Nie rozumiem, po co grupie taka wycieczka. Dwie kończące płytę ballady, a szczególnie ta ostatnia, także nie wnoszą nic dobrego, takie przesłodzone i totalnie nijakie granie. Słabiutka płyta, ale najgorsze jeszcze przed nami.


ALMOST ALIVE (1977)

powiększona okładka
  1. One Blue Morning
  2. Good bye my love
  3. Ain't today tomorrow's yesterday
 
  1. Hallelujah
  2. Feeling uneasy
  3. Live In Jericho
 

Chris Karrer - guitars, vocals, sax
John Weinzierl - guitars, vocals
Stefan Zauner - vocals, keyboards, guitars
Klaus Ebert - vocals, bass, guitars
Peter Leopold - drums

 Niezamierzony ironiczny tytuł płyty doskonale pasuje do muzyki. Grupa weszła w swój najgorszy okres, muzyka jest strasznie ciężka i wymęczona, melodie banalne, a brzmienie wtórne, post-progresywne, szczególnie instrumenty klawiszowe przygnębiają swoją ciężkością i nijakością. Coraz więcej jest naleciałości muzyki funk. Widać, że grupa zdaje sobie sprawę z kryzysu, albowiem muzycy powrócili do większych form, utwory są długie i każdy ma w sobie sporo różnych wątków i zmian, ale nie da się tego słuchać. To nie jest komercja, nastawienie na przeboje, to bezguście i tandetność panów Zaunera i Eberta, to bierność i zmęczenie starych członków zespołu. Biorąc pod uwagę nieznośnie słodkawe melodie pisane przez Zaunera i Eberta nasuwają mi się skojarzenia z grupą Caravan z tego samego, równie nienajlepszego dla niej okresu. Piosenki w niby progresywnych aranżacjach.

 Nie mogę z czystym sumieniem wyróżnić in plus żadnego utworu, gdyż chociaż zdarzają się czasami udane fragmenty, natychmiast są niwelowane przez psujące efekt kolejne wątki. Przykładem jest "Good bye my love" z pięknym folkującym tematem głównym przypominającym Strawb z jej najlepszego okresu, zepsutym przez banalny refren i paskudne klawisze. "Ain't today tomorrow's yesterday" z niezłym gitarowym riffem jest oszpecony także przez solówkę Zaunera na klawiszach. To samo można powiedzieć o utworze "Feeling uneasy", który składa się z fragmentów naprzemiennie tragicznych i interesujących. Jedyny fragment płyty, który się  broni i w którym czuć echa dawnej świetności  to 12-minutowy, instrumentalny "Live in Jerycho", z solowymi partiami wszystkich muzyków. Ciekawostka: basista wplótł w swoje solo motyw z nieśmiertelnego jak widać evergreenu "La Cucaracha".

Tym wszystkim, którzy jednak zamierzają sięgnąć po ten album, polecam remasterowaną wersję z pięknie wydanej serii Revisited Rec., na której umieszczono trzy świetne bonusy, a wśród nich "Cosmic insects". To najlepszy kawałek na płycie, który powinien trafić do gustu wszystkim fanom nowej fali, albowiem jest to bardzo udany utwór w "neurotycznej" konwencji Pere Ubu i wczesnego Bauhaus.


ONLY HUMAN (1978)

powiększona okładka
  1. Another Morning
  2. Don't Turn To Stone
  3. Kirk Morgan
  4. Spaniards & Spacemen
  1. Kismet
  2. Pharao
  3. Ruby Lane

Chris Karrer - guitars, vocals, violin, sax
Stefan Zauner - vocals, keyboards, guitars
Klaus Ebert - vocals, bass, guitars
Peter Leopold - drums

 Grupa osiągnęła swoje dno, to najsłabsza pozycja w całej dyskografii, bardzo podobna do poprzedniej pozycji, tzn. brzmienie jest tako samo nijakie i wtórne, z muzyki bije to samo zmęczenie i rutyna, ale za to mamy więcej....funky (tzn. jeszcze więcej funky). Kolejna różnica to dużo mniej "improwizacji", których jednak na "ALMOST ALIVE" było sporo, tu mamy powrót do grania piosenkowego. Oczywiście nie jest to powrót do poziomu "MADE IN GERMANY", tamte piosenki miały urok, czar i lekkość, tu wszystkie utwory są ciężkie i wymęczone. Nawet piosenki mające być dyskotekowymi przebojami jak wydany na singlu "Don't turn to stone" przygnębiają niemocą. Uwaga, ta słaba płyta została w swej nowej,  remasterowanej wersji Revisited Rec. dodatkowo "przyozdobiona" różnymi, dziwnymi dźwiękami, jak zwykle w takich przypadkach efekt końcowy jest jeszcze gorszy. 

 Ciekawostka: z "kronikarskiego obowiązku" muszę wspomnieć, że z piosenki "Kismet" pewien zespół hip-hopowy zrobił sobie sample. Nic ciekawego, tylko rytm i piano. Druga ciekawostka to okładka, to jedyna rzecz, która się broni na tym albumie. Pomysł z kotem podającym ogień jest świetny.

Najsłabsza płyta grupy, najgorszy skład, nic dziwnego, że po jej wydaniu zespół się rozwiązał.


VORTEX (1981)

powiększona okładka
  1. Vortex
  2. Holy West
  3. Die 7 Fetten Jahre
  4. Wings On The Wind
  1. Mona
  2. We Are Machine
  3. Das Gestern Ist Das Heute Von Morgen
  4. Vibes In The Air

Chris Karrer - guitars, violin, sax
Renate Knaup - vocals
Jorg Evers - bass, guitar, synthesizer
Daniel Fichelscher - drums, percussion, guitar
Falk U.Rogner - synthesizer
oraz:
Lothar Meid - bass
John Weinzierl - guitar
Stefan Zauner - piano, keyboards

 Udany comeback grupy, ta płyta zadaje kłam stwierdzeniu, że nie ma ludzi niezastąpionych. Do reaktywowanego zespołu wracają filary grupy, jak Renate Knaup, Falk Rogner, John Weinzierl i efekt jest od razu słyszalny. "VORTEX" to najlepsza płyta od czasów "VIVE LA TRANCE". Gołym okiem widać, jak potrzebna i ważna jest postać Renaty Knaup. Niby śpiewa jak amatorka, niby porusza się na skraju fałszowania, a jednak dzięki niej muzyka nabiera smaku i klimatu.
Zmiana brzmienia i muzyki jest diametralna, melodie nie są już tak przesłodzone jak na poprzednich kilku płytach. Brzmienie, chociaż mieści się w obowiązujących w latach 80-tych kanonach (np. bass, dużo lżejsze brzmienia gitar), jest przejrzyste, klarowne i przemyślane. Kompozycje są udane i w wyważony sposób balansują pomiędzy progressivem, nową falą a ambitnym popem.

 Album rozpoczyna się tytułową, instrumentalną kompozycją opartą na mechanicznej grze perkusji i basu, ze względu na tę "mechaniczność" kojarzącą się mi nieco z twórczością Kraftwerk. Drugi utwór to już mocne wejście nowego wcielenia grupy, "Holy West" to świetna, przebojowa piosenka oparta na parzystym rytmie i rewelacyjnie pociągnięta przez Renatę Knaup, widać, jak dużo dał grupie jej powrót, muzyka nabrała życia i energii. Dwie następne kompozycje, wg mnie nieco słabsze, ukazuje zespół od strony bardziej zakręconej, w niemieckojęzycznej "Die 7 Fetten Jahre" pojawiają się teutońskie, basowe chórki męskie, czyżby wpływ Zappy? W "Wings on the wind" nadmiernie patetyczne motywy przełamywane są energetycznym graniem w stylu Yes.
 "Mona" jest bardzo udanym flirtem z muzyką pop, to zmysłowa piosenka z ciekawie potraktowanym rytmem, trochę tango, trochę reggae, z ładną partią skrzyciec. "We are machine" jest moim osobistym faworytem na tej płycie, słodki psychodeliczny refren z mocno przetworzonymi vocalami powala mnie na kolana. Wstęp do tego nagrania to kolejny, co do nuty "zapożyczony" przez pewną polską grupę motyw, oczywiście za nic nie mogę sobie przypomnieć, jaka to grupa. Następny utwór zaśpiewany po niemiecku (co wcale nie jest czymś złym) także jest mocnym punktem albumu, motoryczny i transowy, jest ozdobiony doskonale wyważonym solem na saksofonie, a ostatni utwór "Vibes in the air" jest bardzo zbliżony do estetyki z klasycznego okresu Amon Duul II, czyli wielowątkowa, wciągająca minisuita.
Wydanie Revisited Rec. zawiera dodatkowe dwa nagrania, i jak zwykle w przypadku bonusów są istne perły, najbardziej progresywne fragmenty na całej płycie, obydwa trwają powyżej 8 min., w jednym wokalista śpiewa manierą Bowiego tak, że ten mógłby wpaść w kompleksy.



"VORTEX" to całkiem dobra płyta, zdecydowanie lepsza od ostatnich, nieudanych produkcji zespołu, zasługuje na uwagę fanów grupy, niestety po jej wydaniu zespół znowu zawiesił działalność aż do lat 90-tych, gdy na fali wznowień CD klasycznych płyt powróciło zainteresowanie grupą.


LIVE IN TOKIO (1996)

powiększona okładka
  1. Nada Moonshine Number
  2. Black Pearls Of Wisdom
  3. Dry Your Ears
  4. Castaneda Da Dream
  5. Deutsch Nepal
  6. Kiss Ma Eee
  7. Speed Inside My Shoes
  1. Lilac Lilies
  2. Wolf City
  3. La Paloma
  4. Flowers Of The Orient
  5. Surrounded By The Stars
  6. Archangel Thunderbird
  7. Jam Hai

Chris Karrer - guitar, sax, violin, vocals
Renate Knaup - vocals
Lothar Meid - bass, vocals
Felice Occhinero - guitars
Michael Ruff - keyboards
Jan Kahlert - percussion, vocals
Wolf Wolff - drums

Dobrze zrealizowana, profesjonalna płyta live, ale nie porywająca, jak zresztą wiekszość płyt live powstałych w latach 80- i 90-tych. Część nagrań to utwory nowe, które w porównaniu do wersji studyjnych odarte z nadmiernej elektroniki bronią się całkiem nieźle. Klasyczne utwory z lat 70-tych czasami są zagrane wiernie, czasami w sposób mocno odbiegający od oryginałów. Do tych pierwszych mozna zaliczyć typowo hardrockowe "Deutsch Nepal" i "Archangel Thunderbird", świetnie wypadło ostre wykonanie "Surrounded by the stars", chociaż nieco zepsute przez niepotrzebną solówkę na perkusji. "Wolf City" jest zagrany w raczej niezbyt wiernej, swobodnej wersji, ale po kilku przesłuchaniach ocena jest łaskawsza dzięki bardzo przyjemnym partiom instrumentów klawiszowych. Z klasyków grupy najsłabiej jest wykonany "Flowers of Orient".
Z nowych kompozycji najciekawiej prezentuje się mistyczny "Castaneda da dream" pełen niesamowitej atmosfery. Reszta nowych nagrań prezentuje wyrównany poziom, chociaż mają one parcie w stronę muzyki pop. Ciekawostka, "Speed inside my shoes" jest rozwinięciem motywów z utworu "I can't wait" pochodzącego z płyty HIJACK.

"Live in Tokio" to pozycja raczej dla fanów, nie ma ona porównania do koncertowego materiału z lat 70-tych wydanego na płycie "Live in London".


FLAWLESS (1998)

powiększona okładka
  1. Nada Cairo
  2. Surrounded By The Stars
  3. Castaneda Da Dream
  4. Wie Der Wind Am Ende Einer Strasse
  5. Kiss Ma Eee
  6. Cerberus
  7. Speed Inside My Shoes
  1. La Paloma
  2. Nada Moonshine Union
  3. Dancing On Fire
  4. Jam 71
  5. What You Gonna Do?
  6. Jim Hai Jam Uk 96

Chris Karrer - guitars, violin, sax
Renate Knaup - vocals
Jorg Evers - bass, guitar, synthesizer
Daniel Fichelscher - drums, percussion, guitar
Falk U.Rogner - synthesizer
oraz:
Lothar Meid - bass
John Weinzierl - guitar
Stefan Zauner - piano, keyboards

 Dziwne wydawnictwo, powstałe na zasadzie "Bogu świeczkę, a diabłu ogarek". Płyta w połowie złożona z starych kompozycji z klasycznego okresu w nowych aranżacjach, które bynajmniej nie są lepsze od oryginalnych. Reszta płyty to nagrania z lat 90-tych znane już z poprzedniej płyty "Nada Moonshine". Część tych nagrań ma wyraźny charakter komercyjny, ale są i długie improwizacje dla fanów starego Amon Duul II. 

Nie przekonuje mnie nowoczesne brzmienie i aranżacje, mnóstwo tu loopów, sampli, komputerów, niepotrzebnie zaśmiecających przekaz. Mój ulubiony utwór "Surrounded by the stars" (która to już wersja?) przez te zabiegi unowocześniania bardzo stracił na swej sile, a gitarowe solo w metalowej konwencji jest po prostu drażniące.
Utwory warte zauważenia to kończące płytę "Jam 71" oraz "Jim Hai Jam Uk 96" obydwa będące udanymi jamami w stylu wczesnego Amon Duul II.

"FLAWLESS" nie wnosi nic nowego, te utwory są już znane z poprzednich albumów, a "dzięki" unowocześnionym aranżacjom są wyraźnie słabsze od oryginalnych wersji. Wygląda to na próbę wyciągnięcia pieniążków z kieszeni wiernych fanów. 

 

 


 Copyright © 2002-2004 Skalski Andrzej skalski@music.tet.pl 


zalecana przeglądarka Internet Explorer 5.xx przy rozdzielczości 800x600